Prawa rodziców wzgledem dzieci
Ostatnio na blogach Szanownych Państwa Marii Łopatkowej i Janusza Korwin-Mikke (Blog profesor Marii Łopatkowej; Janusz Korwin Mikke – blog oficjalny) pojawił się problem tego, kto ma decydować i za pomocą jakich kryteriów, kto ma wychowywać i w jaki sposób dzieci. Stojąc na stanowisku konserwatywnym stwierdzam oczywiście, że jedynie rodzice. Jednak takie stwierdzenie nie zadowoliłoby nikogo – ani moich Szanownych Czytelników, ani mnie. Chciałbym wyjaśnić, dlaczego tak twierdzę.
Nikt nie może być właścicielem człowieka – to stwierdzenie wynika z przyjmowanych przeze mnie założeń personalistycznych. Jednak każdy człowiek może ograniczyć swą wolność na korzyść innego człowieka w wolnej wymianie. Jeśli człowiek nie jest zdolny do wykazania się wolnością fizyczną (to właśnie jest przypadek dzieci), to inna osoba powinna zadbać o maksymalny dobry rozwój osobowy takiego człowieka. W sposób naturalny są to rodzice w szerokim znaczeniu (opiekunowie).
Przez fakt sprawowanej pieczy nad dzieckiem rodzice nie stają się właścicielami dziecka, lecz niewątpliwie są właścicielami prawa do opieki nad dzieckiem (jeśli nie oni, to kto?). Właśnie to prawo konstytuuje ich jako rodziców rzeczywistych. Mają również prawo nim dysponować wedle swojego uznania. Również przekazać czy sprzedać. Oczywiście mają moralny (lecz w żadnym wypadku nie prawny!) obowiązek używać swoich praw do opieki oraz praw do praw do opieki (!) w celu, jakiemu te prawa służą, czyli wzrostowi osobowemu dziecka. Z powodów obiektywnych (oznaczałoby to bowiem naruszenie prawa własności, a wcale nie dałoby gwarancji lepszej realizacji) nie może się to wiązać z żadną doczesną kontrolą, mimo groźby naruszenia realizacji tego celu.
Takie postawienie sprawy ograniczyłoby znacznie patologie takie jak nielegalny handel dziećmi, przeciągające się adopcje itp. Oczywiście wymagałoby to dostosowania przepisów dotyczących dziedziczenia i dostosowania ich do prawa i tradycji, ale to dałoby się powiedzieć o każdym elemencie przepisów obowiązujących w Polsce.
Dodatkowym zabezpieczeniem powinien być dwojaki system uznania pełni praw społecznych. Po pierwsze: przekazanie swoich praw do pieczy nad człowiekiem zainteresowanemu. Po drugie, gdy dzierżawca tych praw nie może ich sprawować przez dłuższy czas w sposób faktyczny – procedura społecznego (sądowego) przekazania ich w ręce zainteresowanego. Taka dwoistość procedur uprościłaby wiele spraw urzędowych, a także zabezpieczyła w stopniu wystarczającym wolność jednostek.
Wiem, że tego typu poglądy są niepopularne, lecz należy zauważyć, że jeszcze sto pięćdziesiąt lat temu były faktem. Należy też pamiętać, że raju na ziemi nie stworzymy, możemy jedynie przepisami sprawę pogorszyć. To, co obecnie dzieje się w sądach tzw. „rodzinnych” jest istnym horrorem. No i wreszcie skończyło by się propagowanie hasła wszystkie dzieci nasze są
– bo nie są i nie będą.
I jeszcze na koniec – skąd wywodzi się piecza rodziców nad dzieckiem? Z roli, jaką odgrywa danie życia i ochrona życia (role ojca i matki) zarówno dla jednostki, jak i dla społeczeństwa. Dzieci są i powinny być w pewnym sensie naszym przedłużeniem – sprawy o które walczymy przekraczają bowiem jedno pokolenie, a naszym największym zmartwieniem jest to, by nie zginęło z nami nasze dziedzictwo, nasz kerygmat. Kto tę troskę zgubił – już umarł, jeszcze o tym nie wiedząc.
Ostatnie komentarze