Kapuściński i „Cesarz”
Gdyby ten genialny człowiek poświącił swoje siły i talenta dobru, a nie złu… Ale zrobił to, co zrobił…
„Cesarz” nie jest o moim dziadku!
Gdyby ten genialny człowiek poświącił swoje siły i talenta dobru, a nie złu… Ale zrobił to, co zrobił…
„Cesarz” nie jest o moim dziadku!
Cynik9 pisze na swoim blogu, że Rzepa ma jakiś schemat przypominania, że na emeryturze będzie źle. Przeczytałem więc, co też wyprodukowało pióro pani Katarzyny Ostrowskiej:Najwyższy czas zacząć odkładać na emeryturę.
Po przeszło roku kłopotów technicznych, związanych z tym, że blog ten wyleciał z sieci i nie za bardzo wiedziałem jak go wsadzić z powrotem – powrót! Przy okazji porządków bazodanowych zainstalowałem najnowszą wersję WordPressa (podoba mi się!) i po przegryzieniu się przez parę manuali i kilku testów… Udało się z minimalnymi stratami.
Tak więc zapraszam ponownie…
Pani Barbara Buonafiori chyba troszeczkę przesadza… Bo rozumienie mechanizmów, a wynajdywanie w nich na siłę „recept skutecznych na życie” jest pomyleniem kota z ogonem. W felietonach tych konserwatyzm ze strony kobiet jest przedstawiany… chmmm… nieciekawie – to chyba odpowiednio delikatne słowo. Ja rozumiem – łaciński kult „macho” – ale bez przesady… Cóż bowiem oferuje Pani Buonafiori swoim czytelniczkom? Coś absolutnie odmiennego niż Pani Stasi Eldridge w Urzekającej. Ja osobiście skłaniam się ku antropologii, gdzie kobieta jest poszukiwaczką piękna i dobra, a mężczyzna – prawdy z której płynie dobro. Pani Buonafiori przedstawia kobietę jako zahukaną osobę (?), która walczy o swoje miejsce w świecie kryjąc się za mężczyzną. Proszę mnie zrozumieć – ja się nie sprzeciwiam pewnym zachowaniom (niektóre, powtarzam: niektóre zalecenia są rzeczywiście rozsądne i z dużym prawdopodobieństwem są skuteczne), które propaguje ta Pani, lecz sprzeciwiam się obrazowi kobiety i mężczyzny, który kreuje.
Tu zamiast samemu pisać – podam dwa linki dla zainteresowanych „ekologicznymi” kłamstwami, którymi karmią nas ideolodzy ekologii. Autor – prof. dr hab. Przemysław Mastalerz – jest chemikiem i autorem wielu publikacji walczących z bzdurami, chwytliwymi medialnie, lecz nie mającymi wiele wspólnego z prawdą
Jednym z podstawowych pytań, jakie musimy sobie zadać przy rozpatrywaniu problemu totalitaryzmu jest pytanie, skąd on się bierze. I odpowiedź może być zaskakująca: jest bardzo blisko, czasami przylega niczym druga skóra.
Każdy z nas ma wrodzoną skłonność patrzenia na świat przez pryzmat tego co zna i klasyfikowania wydarzeń w aspekcie rzeczy znanych. Nawet jeśli potrafimy coś wydedukować, to także posługujemy się znanymi schematami i przyjętymi założeniami. Ta skłonność jest oczywista, jednak ma ona też taką
Problem teściowych i intelektualistów – to właściwie problem wszystkich ludzi (ale niektórzy sobie z nim lepiej radzą od innych). Jest to przełożenie [nie robisz tak jak ja chcę] i [ja wiem dobrze] z czego wynika [robisz źle] na [robisz źle] i [specjalnie robisz źle] (tylko nam się niechcący coś źle robi – inni to robią na przekór nam z premedytacją!) z czego wynika: [jesteś zły]. U mężczyzn jest to wniosek [jesteś głupi]. To rozumowanie jest oparte na całym mnóstwie fałszywych założeń, które nawet nie rak trudno dostrzec, ale jakże trudno zauważyć jego stosowanie w życiu codziennym!
Z tego schematu właśnie korzystamy, gdy żądamy kontroli nad innymi. I pół biedy, gdy ktoś rozsądnie powie: A co Cię to obchodzi? Czy to Ci robi krzywdę? i nie dopuści do naruszenia wolności. Jeśli jednak autorytetów nie ma, zasady nie obowiązują (bo zasady dla większości ludzi są oparte nie na założeniach a na autorytetach), to kto powstrzyma większość „wiedzących lepiej” od narzucenia swej woli innym? A naprawdę mało kto sie zastanawia, czy rzeczywiście dobre jest wskazywanie sposobu, w jaki się powinno zachowywać i zmuszanie do tego. Bo z tego, że 90% populacji przejawia pewne zachowanie nie wynika, że dobrze by było, gdyby w ten sposób zachowywało się 100%, lecz także jest bardzo prawdopodobne, że byłoby źle, gdyby ten procent zmalał na przykład do 80.
Mało kto także się zastanawia, czy przypadkiem on nie należy do jakiejś mniejszości, która kiedyś nadepnie na palce komuś z większości „wiedzących lepiej”. Takiej bezmyślności w sukurs przychodzi zapewnienie podświadomości, że skoro coś wiemy, to wiemy to najlepiej.
W małżeństwie, w rodzinie zarówno patriarchat, jak i matriarchat jest możliwy i może być skuteczny i uprawniony. Natomiast ogromne zagrożenie dla stałości i spokoju rodziny niesie ze sobą partnerstwo. Dla wszystkich ma być jasne, kto podejmuje decyzje w rodzinie. Więcej – powinno być jasne dla wszystkich, które obowiązki należą do kogo, gdzie leży czyja odpowiedzialność. Dlatego, że w innym przypadku każdy drobiazg urasta do rangi problemu, a ich nawarstwienie w końcu przerasta możliwości rodziny.
Inną sprawą jest to, że z powodu niesymetryczności psychicznej kobiet i mężczyzn lepiej dla kobiety jest, kiedy panuje patriarchat. Ale o tym kiedy indziej.
monarchia – forma rządów, w której reprezentantem władzy suwerennej jest monarcha (król, cesarz, sułtan), sprawujący tę władzę w zasadzie dożywotnio, samodzielnie lub wraz z innymi organami państwa;
autokracja – samowładztwo, sprawowanie rządów polegające na skupieniu w rękach jednostki pełni władzy wykonywanej bez kontroli i ograniczeń ze strony innych organów państwowych i społecznych.
To są definicje z encyklopedii PWN
Mono-archia – rządy, u podstawy których leży jednolita zasada wyrażana przez jedną osobę, jednak zasada ta nie znajduje się pod kontrolą tej jednostki. Auto-ktacja – rządy jednego. Później przyjęło się określać monarchią ustroje, w których na czele rządu stał król, cesarz, książę itp. pan lenny.
Monarchia absolutna, czy konstytucyjna odnosiły sie do zasady – jedna do mniej określonej, obecnej w tradycji – druga do skodyfikowanej, ale również mającej odniesienie do tradycji. Kuriozalny kształt przyjęło to w tak zwanych „monarchiach elekcyjnych”. Skoro elekcyjny – to nie monarcha, chociażby był królem. Skoro elekcyjny, to znaczy, że czerpie swoją władzę od innych, a nie z zasady, gdyż ten kto ustanowił może znieść – zgodnie ze starą, rzymską maksymą prawną. Czyli de facto to lud uosabiał tę zasadę, a monarcha swoją zasadę czerpał z ludu, a nie z pierwotnej zasady istnienia państwa. Oczywiście, można stwierdzić, że lud przecież czerpań z tej zasady. Tyle że lud nie ma żadnego interesu w trzymaniu się jej. Lud jest bowiem najgorszym z tyranów.
Monarcha zawsze jest autokratą, lecz autokrata niekoniecznie jest monarchą. Jednak rządy autokratów, którzy nie byli lub nie stali sie monarchami z powodów niejednolitości antropologicznej czy metafizycznej konstruktu państwowego trwały zwykle bardzo krótko.
W niektórych nurtach ideologii demokratycznej (tylko niektórych, bo istnieją teoretycy demokracji, którym lud jest potrzebny jedynie dla legitymizacji władzy) debata publiczna jest instrumentem dochodzenia do prawdy i podejmowania wyważonej i słusznej decyzji. Jest to, jak chciałbym wykazać – zupełnie nieprawdziwe ze względów psychologiczno logicznych twierdzenie.
Już wielu wcześniej zauważyło, iż ludzie często podejmują takie same działania działania w zupełnie różnych celach. Nawet stare przysłowie rzymskie mówi, że gdy dwóch robi to samo to nie jest to to samo.Czasami są to działania racjonalne, a czasami nie. Przykładem może tu być działanie wielu środowisk o przeciwstawnych celach na rzecz nielegalności narkotyków. Walczą o to zarówno producenci narkotyków, jak i wielu ludzi szczerze pragnących ich całkowitego wyeliminowania.
Innym przykładem jest działalność środowisk, które A. von Hayek określił mianem kolektywistycznych. Kolektywizm według niego jest ideologią, twierdzącą, że społeczeństwo powinno działać według najlepszego schematu. Powierzchownie jest to przyjemna myśl, ale tylko do momentu, kiedy zastanowimy się, kto powinien określać, co jest tym najlepszym schematem. Większość ludzi jednak jest gotowa skupić się jedynie na możliwościach rozwiązań typu kolektywistycznego, w ogóle nie przejmując się ich zagrożeniami.
Hayek nie zauważył lub nie chciał zauważyć (był demokratą), że taki schemat powtarza się przy wszystkich decyzjach podejmowanych w demokracji. Jeśli jest X grup dążących do swoich celów, to przy Y środków najprawdopodobniej dla Y/2 środków znajdzie się poparcie X/2 grup.
Przykładem może być planowanie centralne, którym zajmował się Hayek, lecz może być chociażby istnienie Ministerstwa Szkolnictwa, jakkolwiek by ono się nazywało w danym momencie. Większość grup społecznych chce istnienia M.S. ze względu na możliwości, jakie zaoferowałaby im ta instytucja, gdyby ją w swe posiadanie objęli. Ponieważ człowiek jest z natury optymistą, nie zastanawiają się nad tym, co może z tą samą instytucją zrobić ich oponent.
Tak więc debata publiczna może dotyczyć jedynie całości systemu, a nie jego składników, w tym celu, żeby zapewnić jego jednolitość. Jednak tu zgadzam się z oponentami wobec takiego rozwiązania – ludzie nie są w stanie zrozumieć całości, lub chociaż części, dostrzegając również elementy styku tej części z innymi składnikami całości. Inteligencja większości ludzi jest albo analityczna, albo syntetyczna, by zaś dostrzec skomplikowaną całość należy być biegłym zarówno w syntezie, jak i w analizie. Ludzie są skoncentrowani na teraźniejszości i na własnych doraźnych korzyściach. Większość nie chce lub nie umie dostrzec zagrożeń mogących być wytworzone przez mechanizmy, które dorażnie dostarczają im korzyści.
Dla tych wszystkich powodów debata publiczna jest fikcją. Skupia się ona na emocjach, na metodach manipulacji i wygrywa ten, kogo stać i kto w lepszy sposób zmanipuluje publikę.
Są cztery sfery, które są dość często obecnie mieszane: strefa etyczności,sprawiedliwości, prawa i przepisów. Etyka mówi, jak powinno być, jednak nie mówi, co zrobić, jeśli tak nie jest. Nie jest więc równoznaczna ze sprawiedliwością. Sprawiedliwość jest to wypadkowa prawa i etyki – prawo powinno pokazać, jak urzeczywistnić etykę. A więc prawo powinno zawierać przyzwolenie na większość przypadków etycznie pozytywnych, ale też na pewną ilość etycznie negatywnych, ale niemożliwych do rozstrzygnięcia w sposób przyrodzony, a także regulacje, porządkujące społeczeństwo – moralnie neutralne. Sprawiedliwość to z kolei pewien ideał, do którego prawo ma dążyć, odnoszący sie do kontaktów międzyludzkich. Coś w prosty sposób może odnosić się do pojedynczego człowieka, być moralnie złe, negatywnie uregulowane przez prawo i równocześnie być poza kwestią sprawiedliwości. Jest jeszcze sfera przepisów. Nie jest to to samo co prawo, bo w tamto wchodzi jeszcze tradycja, „duch praw”, wrażliwość społeczna itp. Jednak ideałem jest, by przepisy zamykały sie w prawie. Inaczej mówiąc – prawo powinno być przyswojonymi przepisami z niewielkim naddatkiem. By to nastąpiło muszą one być przejrzyste, zrozumiałe, przyswajalne i wreszcie – pozytywnie (lecz nie negatywnie) zgodne ze sprawiedliwością. Sprawiedliwość bowiem będzie zawierać przypadki, których prawo nigdy nie uchwyci, bo możliwość ich uchwycenia będzie mocniej uderzać w prawo, czyniąc je niesprawiedliwym, niż wystąpienie takiego przypadku.
Trzeba zgodzić się na nieprzystawalność tych sfer oceny ludzkiego działania. Każda z nich będzie zawierać specyficzne i nieprzyswajalne dla innych przypadki i trzeba się z tym pogodzić. Nie znaczy to jednak, że mają one być rozdzielone definitywnie. Muszą one mieć jak największa możliwą część wspólną.
Ostatnie komentarze