Etyka protestancka a Duch Kapitalizmu Webera

Październik 22nd, 2007

Luty 2007 r.

Duch kapitalizmu jest dążeniem do jak najbardziej racjonalnego zysku. Weber w swojej pracy dowodzi, iż wynika to z religijnej motywacji pierwotnych twórców tradycji kapitalistycznej. Postaram się prześledzić, jakie z punktu widzenia ekonomii naturalnej miało to skutki w późniejszym okresie.

Pierwszym z wykształconych zachowań w społeczeństwie purytańskim było sztuczne przesunięcie preferencji czasowej na bardzo wysoką. Oznacza to, że dobra w przyszłości są oceniane jako dużo bardziej wartościowe, niż teraźniejsze. Jednak jest to czynione w sposób sztuczny, gdyż nie chodzi w rzeczywistości o dobra, które w daleko dalszej perspektywie zostały uznane nawet za szkodliwe, lecz o sam ich przyrost, wywoływany maksymalną możliwą pracą.

Benjamin Franklin pisał, czego nie omieszkał przytoczyć Weber, iż czas to pieniądz. Stwierdzenie to zostało doprowadzone do skrajności. Franklin de facto przeczy sobie: jeśli duch kapitalizmu to nie jest absolutne dążenie do zysku, lecz racjonalnym do niego dążeniem, to człowiek może w sposób racjonalny wybierać między heteronomicznymi wartościami, takimi jak renta od kapitału czy pracy w przyszłości, a pracą nie zarobkową, lub innym spędzaniem czasu w teraźniejszości.

Na podstawie tak zdefiniowanych wartości można stwierdzić, że w ten sposób powstały duch kapitalizmu już niósł w sobie w skutek osamotnienia człowieka w tej doktrynie iskrę powstania człowieka pracy. Człowiek pracy jest to taki człowiek, który całość swojej wartości czerpie z pracy. Z kolei jest to tylko krok do materializmu dialektycznego, gdyż jedna z parafraz jego definicji mówi, iż wszystko, czyli również człowiek, jest przedmiotem pracy.

Tradycyjne podejście, które ma być według tych wywodów sprzeczne z duchem kapitalizmu polega na zaspokajaniu jedynie bieżących potrzeb, co oznacza niską preferencję czasową. Jest istotne, w jakich warunkach taka postawa jest uzasadniona.

Należy zauważyć, że pierwotne wspólnoty zbieracko – łowieckie musiały mieć niską preferencję czasową. Jako nomadzi nie mogli niczego w dużej ilości zgromadzić. Dzisiaj kultury wspólnot pasterskich w Środkowej Afryce, szczepów pierwotnych w Lasach Amazonii, czy też jeszcze nie tak dawne plemiona prerii Ameryki Północnej wykazują niską preferencję czasową. Nie mogąc zmagazynować środków wystarczających do zabezpieczenia potrzeb bieżących, nie są oni skłonni do powiększania preferencji czasowej, bo w ich sytuacji nie miało by to sensu.

Wspólnotom plemiennym, które zaczynają prowadzić osiadły tryb życia niejako samodzielnie powiększa się preferencja czasowa. Maja one możliwość zgromadzenia dóbr (chociażby większej ilości ziarna), a następnie zainwestowania ich (na przykład w spożycie w czasie, kiedy będą wykonywać pługi), czy też zasadzenia drzewa, które dopiero w przyszłości przyniesie owoce. Nie tyle więc bezpośrednio wydłuża się preferencja czasowa, ile wydłuża się perspektywa czasowa, z jakiej członkowie owych wspólnot patrzą w przyszłość. Ciekawym kontrastem wydaje się zaobserwowanie, że niektóre plemiona pierwotne w ogóle nie mają pojęcia jutra, posiadając na przykład kilkadziesiąt określeń na różne rodzaje wody.

Jeśli jednak w społeczeństwie o wyższej organizacji pojawia się niska preferencja czasowa w stosunku do pieniądza, to znaczy, że albo inny towar jest przez daną osobę (pamiętajmy, że zawsze mówimy de facto o jednostkach) wyżej oceniany i to jego dotyczy wyższa preferencja czasowa, albo ktoś, rozważywszy okres, przez jaki chce pracować w swoim życiu, a także koszty tego, co chce osiągnąć, postanawia pracować tyle a tyle a nie więcej.

Ponadto niektóre wartości konsumpcyjne wymuszają wobec siebie niską preferencję czasową. Choćby piwo: ktoś lubi raz w tygodniu umówić sie z kolegami i wypić 1,5 litra piwa. Robi to sukcesywnie przez większość tygodni w roku. Jeśli podążyć za rozumowaniem Franklina, definiującym ducha kapitalizmu jako bezwzględną wartość dóbr przyszłych nad obecnymi to biedak ten umarłby z przepicia, gdyż nawet jeśli uwzględnimy stopę zwrotu na poziomie 10% rocznie, to po dwóch latach miałby do wypicia ponad 130 litrów tego napoju. Oczywiście Franklin broniłby się, że towar ten powinien być nadal inwestowany. Lecz należy zauważyć, że wartością którą ceni ów piwosz nie jest samo piwo, lecz rytuał jego spożywania. Towarem więc nie jest piwo, lecz rytuał, piwo zaś jest jedynie półproduktem w jego wytwarzaniu. Rytuał jest towarem dość specyficznym, ale jeśli analitycznie rozejrzeć się wokół – wcale nie tak rzadko występującym. Jeśli będziemy inwestować półprodukty, to towar ten zostanie zmarnowany. Oczywiście piwo w powyższym przykładzie można zastąpić herbatą, kawą, spacerem z ukochaną, wycieczką w góry i tak dalej…

Jeśli zastanowić się, w jakim celu miałby pracować człowiek posłuszny priorytetom ducha kapitalizmu purytańskiego to wartością tą jest pewność zbawienia po śmierci. Ta pewność jest towarem konsumpcyjnym. Jednak trudno ocenić, czy rzeczywiście zrobiło się już wystarczająco dużo dla zdobycia tego towaru. Pojawiła się bowiem dychotomia – z jednaj strony oznaką łaski miało być powodzenie, z drugiej – ciężka praca. O ile w pierwszym pokoleniu nie ma z tym problemów, o tyle w drugim lub w trzecim, które zastało już pewien stopień bogactwa wyraźnie widać rozziew między tymi wartościami.

Wydaje się oczywiste, że człowiek będzie dążył do zysku. Jednak kiedy posiada już wystarczające zasoby, to pojawia się problem – może te pieniądze inwestować – co jedynie powiększy „problem”, może dążyć do mniejszego zysku, co z kolei oznacza nieefektywną pracę, może rozdać swój majątek, co jednak pomniejszy jego pewność powodzenia i zmniejszy dostępność towaru, jakim jest pewność zbawienia.

Nie można też pominąć dążności do konsumpcji. Jeśli człowiek jest samotnikiem – a według wskazań purytanizmu musi takim być przynajmniej duchowo, to nie ma z kim się dzielić swoim majątkiem. Nie chodzi o jałmużnę – chodzi o wspólne cieszenie się majątkiem. Człowiek posiada wewnętrzną potrzebę świętowania – purytanie mówili tu o zbytku. Człowiek zostaje sam, bez bieżącego celu, bez bieżących zysków ze swojej pracy i z możliwościami zaspokojenia swoich dążeń. To musi prowadzić albo do melancholii i zniechęcenia, albo do zerwania z ramami obyczajowymi.

Jeśli człowiek je przełamie, to nadal może mieć zewnętrznie znamiona powodzenia. Doprowadza to do sytuacji, gdzie łańcuch praca – majętność – pewność zbawienia zostanie przekształcony w łańcuch praca – majętność – powodzenie doczesne. Właściwie przy tak daleko posuniętej ascezie i braku stymulacji wewnętrznej, a jedynie zewnętrznej taka transformacja jest nieunikniona.

Jednak jeśli nie został przełamany wewnętrzny przymus braku konsumpcji, to człowiek był jedynie zarządcą powiększającego się majątku. Z jednaj strony dawało to chwałę, a z drugiej budziło coraz większą pokusę. Ponadto, przecież chwała pierwotnie związana była z samym faktem namnażania, a nie z posiadaniem. Takiego rozdźwięku wewnętrznego nie mógł przetrzymać żaden człowiek i w końcu w pewien sposób musiał ulec.

Lecz wydaje się, iż jeszcze groźniejszych skutków należy szukać w owym przejęciu przez pracę wartości. Jedną podstawowych tez we wspominanym juz materializmie dialektycznym jest skupienie się na pracy, jako pierwotnej wartości, dzięki której możliwy jest handel. Marks postulował istnienie pierwotnej zależności, którą można by ująć wzorem:

x * a = y * b

gdzie x i y to ilość towarów a i b, a właściwie ich wartości obliczanej na podstawie społecznie niezbę
dnego czasu pracy. To czas pracy, a nie jej efektywność czy wartość (pojęcie obce logice marksistowskiej – praca nie mogła być wartościowana, skora sama służyła wartościowaniu bezwzględ­ne­mu).

Obecna również w etyce protestanckiej pewna deprecjacja kapitału była obecna również u Marksa. Według niego zysk nie pochodzi w żadnej mierze z kapitału, a jedynie z wyzysku. Kapitał u Marksa jest martwy, gdyż kumulowany jedynie podraża (sic!) procentowo koszty. Według niego kapitał zainwestowany nie jest warty renty od niego, gdyż renta jest ściągana z nieopłaconego czasu pracy. Jest to de facto sprzeczne z obserwacją, lecz zgodne z przyjętą przez Marksa metafizyką, a w szczególności z teoria wymiany przytoczoną powyżej. Stąd wzięła sie cała teoria wartości dodatkowej, i innych pochodnych twierdzeń. Zostały one wielokrotnie obalone przez sprzeczność z doświadczeniem, jednak nadal niekiedy pokutują w umysłach.

Nie jest to praca ekonomiczna, więc nie będę omawiał tu argumentacji marksistowskiej, jak i pozostającej do niej w pełnej opozycji argumentacji ekonomiczno – filozoficznej szkoły austriackiej, a jedynie chciałbym pokazać istotną zbieżność w twierdzeniach ekonomicznych wyrosłych na gruncie etyki protestanckiej, a twierdzeniami marksistów.

Podsumowując wiec: zgodne z duchem kapitalizmu ma więc być hasło od pucybuta do milionera. Pojawia się jednak zasadnicze pytanie : po co? Jeśli ma to być potwierdzenie swego wybrania do zbawienia, to nieuniknionym taje się stwierdzenie, że pierwotna zależność praca – osobista pewność wybrania musiała się przekształcić najpierw w praca – majątek – publiczna pewność zbawienia, a następnie w praca – majątek – arystokracja. Ideały pracowitości zostały zastąpione przez bogactwo i snobizm.

Po drugie: bazując na wartościach amerykańskiego kapitalizmu protestanckiego (jako doktryny ideowej) można w prosty sposób przejść do pojmowania pracy jako wartości pierwotnej do kapitału i do wszystkich innych wartości. Może to być jedna z przyczyn, że amerykańska arystokracja XIX wieku w wieku XX (co oznacza wnuków i prawnuków prekursorów rodów) zaczęła coraz wyraźniej dążyć ku ideałom lewicowym.

Komentarze są zamknięte